piątek, 10 sierpnia 2012

Oh, how wrong we were

      W kółko odbija mi się po głowie jedna piosenka. To dobrze, bo teraz jest mi ona potrzebna jak powietrze. Nazywa się to natchnienie, chociaż tak naprawdę natchnienie przyszło, kiedy siedziałam z kubkiem herbaty w Twojej kuchni i znów myślałam o tej cholernej, pięknej miłości. I powiedz mi, czy można tak bardzo umierać z miłości, której nie ma, której nie będzie i która nawet nas nie dotyczy? Można czuć taki rozdzierający ból w sercu, łzy płynące z oczy... Można? Cóż, po nas dwóch widać, prawda? Ach, no właśnie, takie właśnie jesteśmy beznadziejne, że umieramy sobie z powodu złamanego serca kogoś innego, a nie naszego. Nic więcej mnie już nie obchodzi, nawet o niczym innym myśleć nie mogę, cholera jasna. 
      Kocham tą piosenkę, te słowa już wyryły mi się w głowie! "Stan up fucking tall, don't let them see your, back, take my fucking hand and never be afraid again" Dziękuję, przez krótką chwilę się nie boję, bo trzymam cię mocno za rękę, bo jesteś obok i wiem, że razem możemy wszystko. Cholera, Jimmy. Znów się cała zasmarkałam, jak wtedy, kiedy siedziałam w autobusie i musiałam jechać. Sama, bez Ciebie. Znów to palące uczucie gdzieś w środku, że Ciebie nie ma obok. Kurwa mać, tęsknie, chociaż moja dopiero jeden dzień, odkąd mnie nie ma...
      Chciałam Ci podziękować za wszystko, za każdą chwilę razem, za picie herbaty w Twojej kuchni, za ulta gay, za akward i za awesome. Za płakanie na Frerardach, za płakanie na Bullet in Bible, za płakanie razem na przystanku, za "to nie kołdra, to Frank" i "ja nie będę robił kupy do garnka!" Za wszystko, a przede wszystkim za to, że w ogóle chciałaś mnie do siebie na te kilka dni przygarnąć. I tak, poryczałam się, znów. Normalka. Jestem taka słaba... <3

3 komentarze: