sobota, 8 marca 2014

The things we lost in the fire

                Głęboki wdech. Policzę do dziesięciu. Uspokoję swoje ciało. Jeszcze jeden głęboki wdech. Wiecie, że znów zostałam nazwana "Ga"? Nawet sobie nie zdajecie sprawy, ile to dla mnie znaczyło. Ile rzeczy mi to przypomniało. Już nie dawno temu o niej zapomniałam. Słusznie zauważono, że tamte czasy odeszły, że dojrzałam, że zmieniłam się, na lepsze oczywiście. Tak, ja się z tym wszystkim jak najbardziej zgadzam. Ale tęsknie zwyczajnie za tym wszystkim, za lekkością z jaką przychodziło mi pisanie o sobie, albo opowiadań. Może teraz już nie mam tej potrzeby pisania, a może mam blokadę w głowie, która uniemożliwia mi pisanie na kilka miesięcy. Ostatni raz pisałam 9 listopada. Trzy dni później moje życie wywróciło się do góry nogami. Ktoś, kogo myślałam, że znam, ktoś, kogo kochałam ponad wszystko, ktoś, komu tak bezgranicznie ufałam - odszedł, odsłaniając przede mną swoją prawdziwą twarz. Patrząc na to teraz, kiedy minęło kilka miesięcy, dochodzę do wniosku, że to dobrze. Tak, moje życie stanęło na głowie, ale jest mi z tym dobrze, lepiej. Bardzo rozpaczałam, ale moja rozpacz trwała tylko jeden dzień. Sama się sobie dziwiłam, że tak łatwo ruszyłam dalej. Bo to dobre określenie, ruszyłam dalej. Zaczęłam więcej się uśmiechać, przestałam się przejmować wieloma rzeczami, otworzyłam się trochę bardziej, stałam się chyba bardziej przystępna. Dałam innym szansę. Nie jest mi nawet smutno po tym, że już go nie ma. Nie zasługiwał na kogoś takiego jak ja. Ale nie o tym chciałam pisać. Na ten temat nie mam nic więcej do powiedzenia, uważam to za zamknięty rozdział. Na całe szczęście.
        Jestem na studiach, zdałam sesję, nie zaprzyjaźniłam się tam z nikim, ale nawet mi z tym lepiej. Ja mam swoich przyjaciół, którzy są tysiąc razy lepsi od nich. Mam cudowne osoby, które są ze mną i wspierają mnie od lat i które znają mnie lepiej. Dlatego wcale mi nie zależy na robieniu nowych przyjaźni. Mam z nimi dobre stosunki i tyle. I... Tu chyba znów nie mam nic więcej do powiedzenia.
                Wiecie, tęsknie za czasami onetowskich blogów. Naprawdę. Wtedy nikt się nie przyznawał, ze ma bloga, blogi nie były popularne, a ten skrawek internetowej przestrzeni był moją małą częścią na wywalanie brudów. Teraz jest inaczej. Blogi są modne, wszyscy o nich mówią, wszyscy je piszą, wszyscy wstawiają swoje zdjęcia, gdzie są modnie ubrani, ślicznie umalowani i są tacy w stylu hollywoodu. Nie kręci mnie to. Dla mnie to nadal miejsce, gdzie wywalam swoje myśli, tylko teraz są może dwie osoby, które naprawdę to czytają i wcale mi nie zależy, żeby robił to ktoś więcej. Jednak onetowskie blogi są wielką częścią moje życia, wiele wspaniałych osób poznałam przez nie właśnie, chociaż by Ciebie, Maleńka. Ty jako jedna z nielicznych osób zostałaś ze mną do dziś. Teraz jest twitter, teraz tam głównie kogoś poznaję, jednak... To naprawdę nie to samo. Wszystko jest takie inne, takie... popularne. Choruje na to słowo, tak bardzo go nie lubię, jest brzydkie. Jestem popularna. Nie jestem, całe szczęście, całe życie byłam i będę ofiarą, łosiem, łamagą, kujonem, nudziarą. I jestem z tego dumna, serio. Jestem z tego bardzo dumna. Taka się urodziłam i nie mam zamiaru tego zmieniać. I nie będę zmieniała swojego bloga, żeby był popularny. Nie będę tu wrzucała swoich sweg zdjęć, nie będę yolo i nie będę szafiarką. Jest ich zbyt wiele już. Ja nadal będę nudną sobą z nudnym blogiem. Tego się będę zapewne trzymać już zawsze.

7 komentarzy:

  1. Prawda, stare czasy nie wrócą, stara atmosfera też. Irytuje mnie trochę, że teraz tyle tych fashionistek pozaśmiecało blogosferę, ale widać takie już są nasze czasy. Ale miejsce w sieci wciąż dla niektórych będzie sposobem na mentalne rzyganie. Jak dla mnie na przykład. I hm, czyżbyś wracała tutaj? Czy to tylko chwilowe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak szczerze powiedziawszy, to jeszcze nie wiem. Nasza dzisiejsza rozmowa spowodowała, że tutaj trafiłam i że musiałam to napisać. Może będę tutaj trafiała częściej, a może znów za kilka długich miesięcy. Tęsknie za pisaniem, za wyrzucaniem gdzieś myśli, bo gdy tego nie robię to odnoszę wrażenie, że nie myślę... No i mało czytam, nie pamiętam kiedy ostatni raz czytałam Twojego bloga...

      Usuń
    2. Pamiętam jak pisałaś bardzo regularnie. Twój onetowski blog jest jeszcze gdzieś w sieci, czy usunęłaś? Hah, widzisz, miałam odejść. Nawet odeszłam na niecały miesiąc. Chciałam się odciąć od starego St. Jimmyego, ale nie mogłam tak do końca.

      Usuń
    3. Nigdy się od tego nie odetniemy... Nie wiesz, co, chyba go nie ma... Nie pamiętam, ale nie ma go pod adresem chowam-sie a pod szit jakieś coś co nie jest moje. Więc chyba niestety zginął. Muszę się zalogować na stare onetowskie adresy, żeby to sprawdzić. Ja znów nigdy nie chciałam się odciąć od ga. Nigdy.

      Usuń
    4. Wiem, od pewnych rzeczy nie da się uciec. Można się tylko nauczyć z nimi żyć. A ja jeszcze pamiętam jak byłaś na tabliczce :P.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń