Ostatnio zbyt często śnią mi się koszmary. Ja wiem, że moja psychika normalna nie jest, ale ostatnimi czasy naprawdę przesadza, leci sobie w kulki i to ostro. I co ja mam po czymś takim myśleć?
Każdy sen zaczyna się niewinnie. Po prostu w pewnym momencie znajdujesz się w tej a nie innej scenerii, nagle pojawiają się inny, trwa rozmowa. No własnie nie tym razem. Dlaczego śnił mi się akurat katecheta? przecież ja nawet na religię nie chodzę, bo nie mogę rozmawiać z tym człowiekiem. Drażni mnie jego podejście, po co mam się spinać? Nie warto.
Od zawsze wiedziałam, że z nim jest COŚ nie tak. Chuj jeden wie, CO KONKRETNIE, jednak jest i to nie ulega wątpliwości. Dlatego moja wyobraźnia chyba dlatego dopisała mu rolę maniakalnego, religijnego zabójcę, z (co jak co...) pięknym rewolwerem w ręku i koszuli poplamionej krwią. I Ona jedyna może wiedzieć, dlaczego jechaliśmy pociągiem, w przedziale na kształt wielkiej myjni wyłożonej brzydkimi, wyblakłymi kafelkami, z natryskami. Trochę jakby więzienie, jak obóz koncentracyjny, jak obskurne prysznice na basenie... I jego niby nic nie znaczące gesty, wycieranie okularów rogiem koszuli, lśniąca krew na jego łysej głowie, cienki strumień spływający po policzku... Bez przerwy wprowadzał nowe osoby, sadzał je pod prysznicem i odgradzał zasłonką prysznicową. Białą, w niebieskie i granatowe okręgi. Taką samą, za jaką stałam dzisiaj biorąc prysznic. I kazał mi patrzeć, a sam się odwracał. Mówił: "Przykro mi, nie jesteś godzien" i po prostu strzelał. Mózgi rozbryzgiwały się na tych okropnych kafelkach, druga osoba nagle znajdowała się obok mnie, a ta martwa wypadała na tory...
Patrzył na mnie, jakbym była wszystkiemu winna, jakbym miała nagle coś objawić, chyba mówił, że jestem wybrana... Nie wiem. I wtedy wszedł on. Łzy mi płynęły po policzkach, stałam do niego tyłem. Ale poznałam ten głos, ja go zawsze poznam Mówił coś do tego wariata ze srebrnym rewolwerem w dłoni. Wiedziałam, że to on. Ale wyglądał inaczej, jak połączenie wszystkich swoich wizerunków scenicznych w jedno. Trochę potężniejszy od swej realnej postaci, bardziej zasępiony. Jednak nadal zachwycający. Tylko oczy miał ogromne, czarne, całe. Jak te wszystkie demony z Supernatural, ale jego były inne. Ładniejsze. I patrzył na mnie z takim przerażeniem, taką obawą i lekiem, jakby mnie przepraszał, że wcale tego nie chciał, ale nie miął wyjścia.
Wtedy poczułam czyjś dotyk na ramieniu i otworzyłam oczy, nabierając do płuc najwięcej powietrza, ile mogłam, jednocześnie czując na swoim ciele nieprzyjemne dreszcze.
I usłyszałam "musisz już wstawać, Agatko." Zobaczyłam, że mama wychodzi z pokoju...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz